Afro Kubuś stracił łapkę.
najsz 2010-03-10 23:38:24
skomentuj (0)
3D
Tagi: avatar
najsz 2010-01-08 01:28:37
skomentuj (1)
jestem cofnięta. rzekomo.
Minęły Święta i minął Sylwester. To chyba najgorszy grudzień w całym moim życiu.
Rozpieprzyła mi się rodzina, Święta spędziłam sama z mamą a na sylwestra zamiast zalać się wódką, to zalewałam się łzami. Bajka. Szkoda słów na ocenę całej tej sytuacji która ma miejsce w moim małym świecie...
Wiecie co boli najbardziej? Naiwność, kurwa.
najsz 2010-01-06 23:45:44
skomentuj (0)
zima je špatná

Bo Cię nie lubię.
najsz 2009-12-14 15:09:07
skomentuj (1)
O trzech damach, co nocą przez dworzec pędziły
Rzuciłam studia. Postanowiłam, że zostanę nindżą. Poczyniłam już pewne postępy. Umiem na przykład zakamuflować się w kołdrze! < mile widziany APLAUZ >
Studiowałam biotechnologię żywności na Uniwersytecie Przyrodniczym w moim pięknym mieście. Z przykrością stwierdziłam, że w żadnym wypadku nie są to studia dla mnie. Nie interesuje mnie modyfikowanie żywności, nigdy nie będę współtwórczynią zmutowanych winogron lub super- ekologicznej kukurydzy. Moim marzeniem, odkąd pamiętam, jest medycyna. Teraz siedzę i staram się uczyć, poprawiam maturę w maju. Och radości! Nie mogę się doczekać.
Dnie spędzam przy książkach, lub w kuchni, poszukując smacznego kąska w lodówce ( niestety ostatnio nierzadko świeci w niej pustkami…) Generalnie rzecz biorąc robię wszystko, by jak najmniej siedzieć z długopisem, notatnikiem oraz otwartym tomiskiem BIOLOGII Villee’go. Rzygać się chce. W tych książkach jest tyle mądrych literków, że aż nie wiem gdzie zacząć czytać!
Wieczory natomiast staram się spędzać w towarzystwie swoich przyjaciółek, lub w gronie znajomych. Oczywiście nie zawsze jest to możliwe, bo jak na razie jestem pierwszą nindżą na salonach, inni wciąż mają zajęcia i nauka absorbuje ich w troszkę inny sposób niż mnie. Szkoda.
Piątkowy wieczór był całkiem miły. No może nie licząc paru niemiłych sytuacji jakie miały miejsce, ale nie warto o nich wspominać, bo kto chciałby czytać o cudzych problemach? Nikt? I słusznie.
Punkt 20, zmarznięta czekam na swoje dwie kochane kluchy, Ann i Wuję. Przywitanie, krótka wymiana zdań i ruszamy. Dotarłyśmy do miejsca przeznaczenia, do spokojnego i klimatycznego pubu, rodem z lat dwudziestych. Siedziska w starych szafach, kufry, stare maszyny do szycia i kreacje z „Jeziora Łabędziego” które aktorzy nosili na deskach Opery Wrocławskiej. Zamówiłyśmy sobie pyszne grzane piwo z pomarańczą, goździkami oraz odrobiną soku imbirowego i oddałyśmy się naszemu ulubionemu grupowemu zajęciu, rozprawianiu o rzeczach ważnych i ważniejszych.
Rozmowa była jak zwykle wciągająca, a piwo tak smakowite, że szybko udało się nam zobaczyć dna naszych kufli. Postanowiłyśmy więc zmienić lokal i dołączyć do znajomych, bawiących się w dobrze nam znanych 13 Igłach (tam też mają smaczne piwo, z sokiem wiśniowym i wanilią, mniamciu!).
Piwo, fajki i ciężkostrawne żarty. To zbyt wiele jak na pusty żołądek i zbyt wiele by się przy tym nie upić. Nie było to klasyczne upicie się, połączone z urwaniem się filmu lub malowniczym bełtem. Nie. To raczej jedno z tych magicznych alkoholowych upojeń, po których świat wydaje się piękniejszy, wszyscy i wszystko jest miłe, radośnie szumi Ci w głowie a nogi stają się dziwnie lekkie, jakby zrobione z waty.
Późna była już godzina i trzeba było myśleć już o powrocie do domu. Ann, Wuja oraz mła poczłapałyśmy w stronę przystanku, pełne nadziei na przyjazd tramwaju linii 10, który odtransportowałby nas bezpośrednio na naszą dzielnię, gdzie w radości i spokoju rozeszłybyśmy się do domu. Niestety zły los przygotował nam niemiłą niespodziankę, w postaci odjeżdżającego upragnionego środka lokomocji. Z mocnym postanowieniem by wsiąść w cokolwiek jadącego w stronę Rynku, czekałyśmy na linię 22, która jak się okazało, zawiozła nas pod dworzec PKS. Świetnie, stąd uda nam się złapać jakiś nocny! Niestety, tu znowu los zechciał pocałować nas w pupkę i tylko zdążyłyśmy zobaczyć jak puściuteńki autobus postanawia odjechać bez nas w środku. Bezczelność! Bezskutecznie próbowałyśmy go dogonić. Mordercza pogoń, w butach na obcasach, przez całą długość Dworca Głównego. Niestety gonitwa ta okazała się porażką. Zły Autobus pojechał dalej, natomiast ludzie na dworcu z pewnością stwierdzili iż jesteśmy człowiekami z dysfunkcją emocjonalną, czyli innymi słowy, że jesteśmy ostro szurnięte.
Przyznaję się bez bicia, pomysł upolowania nocnego na następnym przystanku był mój. To ja zmusiłam koleżanki do sprintu i narażałam ich biedne kostki na zwichnięcie. Ale co ja poradzę? Mi się BARDZO śpieszyło do domu. Pilna sprawa, można by powiedzieć. Otóż ja i mój pęcherz to zdaje się, dwa osobne byty. Nie możemy się zgrać w czasie od lat. Zawsze odezwie się w najmniej odpowiednim momencie, a publiczne toalety mogły by dla mnie nie istnieć. Niestety, korzystanie z nich czasem jest nieuniknione...co zawsze napawa mnie niesamowitą odrazą. Ble. Ale gdzie o tej porze znalazłabym tego Porcelanowego Boga, przynoszącemu ulgę? Tego dworcowego dziada nie bierzemy pod uwagę.
Na szczęście autobusy kursują co pół godziny, tak więc w końcu udało nam się dostać do środka jednego z nich. W szybkim tempie dostałyśmy się na Wielką Wyspę i tak jak zawsze pożegnałyśmy się w radości i spokoju. A ja zdążyłam dobiec do Śwątyni Dumania. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
Ah, jak ja lubię takie radosne zakończenia!
A taka jeszcze myśl z dzisiaj. Myśl, która tworzyła się w moje głowie od środy, a teraz powoli dojrzewa i coraz bardziej mnie denerwuje.
Bo to co czuję w moim sercu, nie zawsze idzie w parze z tym co myślę w głowie, to co podpowiada mój rozum, nie zawsze zostaje wysłuchane przez to co siedzi głęboko gdzieś, w każdej komórce mojego ciała. Boję się popełnić błąd, ale jednocześnie, boję się przegapić szansy. A najbardziej ze wszystkiego, boję się, że spieprzę coś i ktoś bezpowrotnie zniknie z mojego życia. A fe!
najsz 2009-12-13 12:54:50
skomentuj (6)
Rewers sreweRs
Ostatni tydzień był ciężki. Głównie dlatego, że zmarła bliska mi osoba. To smutne. Niestety każde życie się kiedyś kończy i jak to się mawia, każde w nieodpowiednim momencie. Ale nic się na to nie poradzi, takie odwieczne prawo natury. Mimo, że człowiek dobrze o tym wie, ciężko pogodzić mu się ze stratą osoby, która była ważna. Osoby, która była częścią rodziny, wręcz jej fundamentem.
Ale trzeba być silnym, podnieść się z ziemi na którą się upadło gdy ze smutku ugięły się nogi. Będzie mi brakowało mojego dziadka, ponieważ był on wyjątkową osobą. Pierwsze dni były ciężkie, rozkojarzenie, łzy i wielki żal… Jednak wraz z pogrzebem, przyszedł spokój. Myślę, że nie tylko ja to odczułam, lecz cała moja rodzina. I dziadek. W końcu odpocznie po dwóch latach walki z rakiem. Mam nadzieję, że jest mu dobrze tam, gdzie trafił.
Na dzień przed śmiercią dziadka poszłam do kina. Sama. Po raz pierwszy wybrałam się na seans filmowy zaopatrzona w średni kubełek z popcornem i w średnią colę z zamiarem pochłonięcia ich samodzielnie. To nie było jakąś moją fanaberią, tym bardziej nie było zaplanowane. Tego dnia byłam umówiona z przyjaciółką, lecz niestety nie udało jej się dotrzeć na miejsce spotkania. Byłam wkurzona, nie miałam nic do roboty, łażenie po sklepach mnie nie interesowało a w portfelu ciążyło trochę kasy, która zachęcała do tego by w jakiś magiczny sposób ją upłynnić. No i trafiło na kino.
Wybrałam sobie seans o 17:15, Rewers. Oczywiście była 17:10 jak kupowałam bilet, później godzinę kupowałam popcorn&colę i drugie tyle szukałam sali, bo przecież Gen Ofermy zawsze ujawnia się w najmniej odpowiednich momentach. Dobra, w końcu udało mi się zasiąść wygodnie w krześle, nie wywalić popcornu na starcie, przeżyć reklamy i doczekać początku- film się zaczyna.
Rewers to czarna komedia, tak informowała ulotka, którą wnikliwie przestudiowałam stojąc w kolejce po bilet. Akcja tego filmu rozgrywa się w dwóch ramach czasowych. We wczesnych latach pięćdziesiątych, dokładnie rzecz biorąc w ostatnim roku panowania Stalina, oraz współcześnie. Główną bohaterką jest Sabina, taka przesadnie grzeczna i ułożona trzydziestolatka, pracująca w wydawnictwie. Dziewczyna jest panną, marzącą o wielkiej i namiętnej miłości. Jednak jest nieśmiała i ciężko jest jej kogoś odpowiedniego sobie przygruchać. Matka i babka, z którymi mieszka, próbują ją wyswatać z egzaltowanymi amantami, by za wszelką cenę znaleźć biednej Sabince męża.
Pewnego wieczoru pojawia się On. To ten brunet, który wieczorową porą ratuje ją z opresji. Wysoki i przystojny, pasował by z pewnością do tych dzielnych żołnierzy, których widziała w kinie oglądając paradę nakręconą przez kamery Polskiej Kroniki Filmowej.
Myślę, że streszczanie całej akcji było by dość nudnawą lekturą, dlatego uraczę Was jedynie moimi krótkim podsumowaniem seansu. Było parę rzeczy, które zostały nie wyjaśnione do końca, trochę niedomówień, co bardzo mnie denerwowało. Odrobinę się zawiodłam, bo film był taki jakiś… bez emocji i jak dla mnie mało śmieszny, ale może ja się nie znam? Pierwsza godzina była ciekawa, nawet czasem uśmiechnęłam się pod nosem, jednak po scenie brutalnego stosunku Bronek- Sabinka, film jakoś tak zaczął mnie wkurzać i niecierpliwie się wierciłam w krześle, sprawdzając co chwilę what time is it. Popcorn był w dodatku za słony, a cola zbyt wodziata. To tyle, jeżeli chodzi o film.
Ze względu na żałobę, siedzę teraz w domu. Omija mnie sporo przyjemnych imprez, na które z chęcią bym poszła, ale to nie wypada. Dlatego byłam zmuszona sama sobie porobić wróżby andrzejkowe. Z tym, że za bardzo się na tym nie znam. Ograniczyłam się więc tylko do topienia wosku oraz do czytania horoskopów, wszystkich jak leci, chińskich, kwiatowych, runicznych, bla, bla, bla… Odwiedziłam nawet stronę poświęconą eneagramom, którą polecił mi kolega.
Z wosku wyszedł mi jakiś bezkształtny kleks, który nie dał się w żaden sposób zidentyfikować, nie przypominał kompletnie niczego. No może kałużę przed moim oknem, albo plamę po sosie na obrusie. Nie wiem jak to interpretować. Niestety.
Coraz bliżej święta. Jak dobrze, że mamy reklamy Coca Coli! Dzięki temu wiem, że najwyższy czas kupować prezenty.
najsz 2009-12-08 02:02:19
skomentuj (0)
to się nie godzi mili państwo
„ Jeszcze 5 minutek”- zmęczonym głosem wymamrotałam wyłączając po raz kolejny komórkę i zrzucając ją niechcąco pod łóżko. Trwałam w porannym błogostanie. Ciepła kołderka, półmrok w pokoju, wygodnie, milutko. W takich warunkach łatwo ponownie przyciąć komara, zapominając o bożym świecie i o tym, że spieszy Ci się na zajęcia z chemii.
Oczywiście, znowu zaspałam, bo inaczej by być nie mogło. Zerwałam się z łóżka z prędkością światła. Zegar bezlitośnie wskazywał 9: 55. Miałam niecałe 40 minut by ogarnąć kuwetę i wybyć z mieszkania.
Mission Impossible- myślę sobie, ale przecież nie mogę się spóźnić na zajęcia do tej wstrętnej smoczycy… Miałabym wtedy przerąbane na całej linii. Tak więc podarowałam sobie śniadanie, wlałam w siebie jedynie czarną jak smoła kawę, energetyzujący kop w dupę był mi w tej chwili niezbędny. Nakręcona jak króliczek duracell’a pognałam na uczelnię z kołtunem na głowie i makijażem a’la Joker.
Bogu dzięki komunikacja miejska po raz pierwszy w historii nie nawaliła, wyszłam z domu, wsiadłam do autobusu i wysiadłam pod uczelnią. Nie było też kolejki do szatni, nie zapomniałam o fartuchu, więc było dobrze. Miałam szansę wejść na salę o czasie.
Postanowiłam, że założę fartuch w biegu, wiecie, ta oszczędność czasu. Oczywiście tutaj odzywa się mój Gen Ofermy. Nadepnęłam na pasek od fartucha i wywaliłam się jak długa tuż przed salą. Porządnie gruchnęło… Całe szczęście, że nikt nie widział. Z pewnością zostałabym Królową Gleby.
Przyznam się szczerze, że nie jestem asem z chemii. Powiedziałabym, że bliżej mi do ameby, niż do geniusza. Jak się można spodziewać, chemia nie sprawia mi przyjemności. Każda środa jest dla mnie dniem tortur. Na dzisiejsze zajęcia się nie przygotowałam, dałam plamę na całej linii. Przez całą część teoretyczną żarliwie modliłam się o to by mnie nie zapytano przy tablicy z tych pieprzonych buforów. Dziwnym trafem moje modły zostały wysłuchane, gładko przebrnęłam przez tą część ćwiczeń i mogłam przystąpić do doświadczeń. Niestety czekała mnie jeszcze jedna nieciekawa niespodzianka. O tuż dwa moje sprawozdania (to takie pisemne potwierdzenia wykonanych doświadczeń), nie zostały przez moją kochaną chemicę przyjęte. Niestety. Analizy nie zaliczone.
Teraz właśnie z niecierpliwością czekam na wybicie godziny 19: 30, by z radością i uśmiechem na ustach pewnym krokiem wejść na salę i powtórzyć jedno z doświadczeń, które spieprzyłam. Bla, bla, bla. Boże, jak ja nie chcę tam iść! Nie mogę patrzeć na tą kobietę, jej głos działa na mnie jak dźwięk paznokci przejeżdżających po tablicy. Włosy stają dęba a krew krzepnie w żyłach. Padaczka moi mili. Padaczka. Życzcie Najsz powodzenia. Na pewno coś znów skopie : ) Jak nie analizę, to chemicę :)
Na pocieszenie kupiłam sobie Kinder Jajo. Trzy Kinder Jaja.
najsz 2009-11-25 18:08:44
skomentuj (2)



